Wywiad z Piotrem Roguckim
Człowiek z rockową duszą. Bardzo inteligentny, a zarazem miły i uprzejmy. Lider zespołu COMA zgodził się ze mną porozmawiać. O czym rozmawialiśmy? Zobaczcie sami!
- Premiera singla „Lajki” odbyła się 18
września. Skąd pomysł na taki singiel?
- Interpretację
zostawiam fanom. Nie chciałbym być stawiany w sytuacji, w której sam muszę
interpretować swoje teksty. Wolałbym żeby robili to fani. Jeżeli mają taką
potrzebę, to doczytają się tam wszystkiego co chciałem zawrzeć.
- Zespół istnieje od 19 lat. Jak to się
robi, że ta muzyka mimo upływu lat dociera i do młodszych odbiorców i do
starszych?
- Trudno jest mi
odpowiedzieć na to pytanie. To nie jest tak, że cały czas mieliśmy tłumy fanów.
Zespół miał różne okresy, fani się pojawiali i znikali. Nie da się ukryć, nie
zawsze było tak że były pełne sale. To się zmienia za każdym razem kiedy
wydajemy płytę. Staramy się być uczciwi i szczerzy w tym co pokazujemy, staramy
się robić to z pasją.
- Jakie znaczenie dla twórcy mają nagrody,
osiągnięcia?
- Nagrody dla
twórcy są bardzo ważne, szczególnie dla młodych muzyków. Dają do zrozumienia,
że twórca jest na dobrej drodze, że to co robi ma znaczenie. Jeśli to są
nagrody przyznawane przez wartościowych ludzi, to wtedy są tym bardziej ważne.
Natomiast zdobywane nagrody czy Fryderyki nie powinny być celem samym w sobie.
Jeśli się dąży do zdobycia Fryderyka i się go dostaje, to później motywacja
spada. Więc nagrody powinny być elementem motywującym a nie powinny być jedynie
celem. Na pewnym etapie artysta powinien zyskać samoświadomość na tyle dużą, że
te nagrody nie powinny być mu potrzebne. My jesteśmy już na takim etapie, że te
nagrody są na pewno miłe, ale nie są nam niezbędne do pracy. Myślę, że tak to
powinno wyglądać w przypadku każdego twórcy. Teraz to raczej my jesteśmy
jurorami w różnych konkursach.
- Występował Pan w roli jurora w programie
„Must Be The Music”. Czy będąc jurorem czuje się w pewnym sensie
odpowiedzialność za dalsza karierę uczestników?
- Tak, oczywiście.
Jest to jeden z powodów, dla których podejmuje się decyzje o zostaniu jurorem,
przynajmniej tak było w moim przypadku. Starałem się dać wszystkim
uczestniczącym maksimum swojego zaangażowania. Z wieloma z tych artystów,
kontynuowaliśmy swoja przygodę. Zabrałem kilka zespołów na trasę jako support.
Nadal utrzymujemy kontakty, wymieniając się opiniami na temat ich nowych
dokonań, jedną z dziewczyn zaprosiłem do współpracy na swoim solowym albumie.
Czułem się odpowiedzialny za to, co oni robią i jak potoczy się ich dalsza
kariera. Jestem pewien, że większość z tych ludzi z którymi miałem do czynienia
wiedzą, że wykonałem swoja pracę uczciwie, a nie tylko chęcią sprostania swoim
własnym oczekiwaniom. Uważam, że tą trudną jednak robotę wykonałem na tyle
rzetelnie, żeby nikomu nie zrobić krzywdy.
- Czy czegoś się Pan uczy od tych młodych
artystów?
- Oczywiście.
Cały okres pracy w programie był dla mnie bardzo inspirujący. Poznałem nowych
ludzi, nowe sposoby myślenia, nowy sposób patrzenia na rzeczywistość.
Wkroczyłem w etap obserwowania ich energii, która jest zupełnie inna, w
porównaniu do tej z jaką my rozpoczynaliśmy swoją karierę. Człowiek ma
świadomość, że uczestniczy w tym aktualnym prądzie tworzącym rzeczywistość
artystyczną i kulturę. Nawet jeśli nie wszyscy uczestnicy osiągają sukces, to
zdradzają w pewien sposób swoją tajemnicę, która polega na pokazaniu swoich
sposobów pracy, inspiracji. Uczymy się bardzo dużo obserwując to co się dzieje
wśród młodych.
- Jak to jest z graniem starych utworów na
koncertach, które są uwielbiane przez fanów? Czy jest to rodzaj obowiązku czy
dalej przekazuje się te emocje?
- Wszystkiego po
trochę. Na pewno jest to swego rodzaju obowiązek, bo fani zidentyfikowali się z
utworami. A z drugiej strony są też takie kawałki, które się nie starzeją,
które nadal nam sprawiają przyjemność kiedy odgrywamy je po raz kolejny. To
jest np. utwór „Spadam” i „Sto tysięcy jednakowych miast”. Ale są też takie, od
których musimy niestety czasami po prostu odpocząć. Nie włączamy ich wtedy do
repertuaru ze względu na to, że po prostu nas nie stymulują. Nie sprawiają, że
zagranie ich wydaje się być uczciwe. To są te najbardziej emocjonalne utwory z
okresu dojrzewania, z początków naszej pracy ale zazwyczaj po dłuższym
odpoczynku powraca chęć do zagrania tych utworów. A jeszcze innym sposobem na
to, żeby utwory z przeszłości wydawały się interesujące jest tworzenie nowych
aranżacji, użycie innych brzmień, innych środków wyrazu. Dzięki temu zyskują
nowy blask.
- Czy ma Pan jakieś sposoby na to, żeby
walczyć ze stresem w showbiznesie?
- Showbiznes nie
jest tak straszny, jest to środowisko ludzi których lubię, którzy mają wspólne
zainteresowania, którzy rozumieją się nawet jeśli widzą się po raz pierwszy w życiu.
Tutaj jest nie sposób zwariować, chyba że ze szczęścia. Jest to wielka radość
spotykać ludzi, którzy myślą w ten sam sposób, nawet jeśli różnią się
charakterem czy pomysłem na życie. To nie jest miejsce, w którym można
zwariować. Oczywiście bywa ciężko, ale tak jak w życiu każdego człowieka. W
każdym środowisku można zwariować, bez względu na to jakie to środowisko. Jest
to po prostu środowisko ludzi, którzy mają inne zainteresowania i inne talenty.
- Skąd pomysł na nazwę zespołu „COMA”?
- Podobało nam
się brzmienie tego słowa.
- Dziękuję bardzo, że zechciał Pan
porozmawiać.
Wywiad z Piotrem
Roguckim przeprowadziła Michalina Sobol.

Wow, super, że miałaś okazję z nim porozmawiać :) To już 19 lat? Ale ten czas leci!
OdpowiedzUsuńFantastyczny wywiad!
OdpowiedzUsuńZazdroszczę Ci bardzo uwielbiam ich !!! :)
OdpowiedzUsuńŚwietny wywiad! Szczerze mówiąc długo o nim nie słyszałam, ale ten wywiad też pozwolił mi trochę go poznać ;)
OdpowiedzUsuńwww.zakazanyx.blogspot.com